poniedziałek, 22 lipca 2013

Let's go together

Nie jesteś głodny, synu? - zapytała matka z troską w głosie
- W żadnym wypadku, mamo - odrzekłem - Kiba nakarmił mnie ramenem i takim sosem, no wiesz...
- Nie, nie wiem - odciął szybko ojciec z irytacją w głosie.
Wyczuł, że słowa "nakarmił" użyłem nie w przenośni, a w celu wytrącenia go z równowagi. Dobrze wyczuł.
- ... takim z warzywami - dokończyłem spokojnie, ignorując kąśliwą uwagę ojca - W sumie już wtedy byłem pełny, co tu mówić o kolejnym posiłku... Zapnij pasy, tato.
Jechaliśmy samochodem przez miasto. Wracałem od Kiby, leniwie wpatrując się w okno i delektując się powolnym rozwścieczaniem ojca. Zacząłem to już wczoraj wieczorem, kiedy oznajmiłem im że jutro wybieram się na cały dzień do chłopaka, co natychmiast wprawiło ojca w rozdrażnienie. Myślałem, że wyjdzie z siebie kiedy dałem buziaka chłopakowi na pożegnanie, ale - o dziwo - jeszcze się trzymał.
Usłyszałem cichy syk matki i chwilowo oderwałem wzrok od okna. Ojciec pędził, niemal ignorując znaki i utrzymując maksymalnie dozwoloną prędkość. Olałem to, wiem, że jak zwykle chciał mi pokazać, że to on tu rządzi. Istny idiotyzm i dziecinada.
Przypomniałem sobie, kiedy pierwszy raz zobaczył mnie z chłopakiem i od razu  musiałem powstrzymać uśmiech. Rozwścieczony kazał mi... oh, już nawet nie pamiętam jak to się skończyło. Chyba było... dość zabawnie.
Kiedy wróciliśmy do domu, od razu pobiegłem do pokoju i rzuciłem się na łóżko, w biegu wyciągając telefon z kieszeni. Może i byłem draniem, ale bez Kiby długo nie mogłem wytrzymać i tym sposobem pisaliśmy do późna w nocy.
Wstałem dość późno, obudzony przez matkę wołającą mnie na śniadanie. Zwlokłem się po schodach, mizernie poprawiając włosy. Na moją korzyść ojca nie było w domu - poszedł do pracy a akurat dzisiaj nie miałem ochoty na użeranie się z nim. Szybko zjadłem płatki, poleciałem na górę aby się przebrać i umyć, a kiedy już byłem gotowy, wybiegłem na spotkanie z Kibą. 
Zobaczyłem go, stał tuż przy parku. Uśmiechnąłem się lekko i mocno go przytuliłem. Odpowiedział mi dziwnym uśmiechem, co mnie trochę zdziwiło, ale upojony spotkaniem ów incydent szybko wyleciało mi z głowy. 
- Przejdziemy się? - zapytał niepewnie.
- Jasne - potaknąłem, łapiąc jego dłoń.
Szliśmy chodnikiem, milcząc. Zdawałoby się że podziwiamy urok tego miejsca - drzewa, zielona trawa zapraszająca swoja miękkością na piknik, różnorodne kwiaty, kolorowe ptaki wesoło ćwierkające przy fontannie, od czasu do czasu popijające wodę - i tak na początku było. Po kilkunastu minutach jednak coś w głowie podpowiadało mi, że nie jest w porządku i coraz bardziej przestawało mi się to podobać.
Zatrzymaliśmy się na pomoście. Kiba - oparty o barierkę - oraz ja, wyprostowany i pełen złych przeczuć.
Kiedy w końcu zdecydowałem się coś powiedzieć, w chwili otwierania ust chłopak odwrócił się do mnie i popatrzył na mnie swoimi ciemnymi oczyma o źrenicach jak u kota.
- Sasuke, myślę że z nami koniec.
Wydawało mi się, że się przesłyszałem. Wiatr rozwiewał nasze włosy, jednak było mi to całkowicie obojętne.
- O czym ty mówisz?
- Dobrze usłyszałeś - odwrócił wzrok na drewnianą podłogę pomostu - To koniec.
- Kiba...
Chciałem podejść do niego, jak zwykle pogładzić po policzku i pocałować w czoło. Jednak stałem jak sparaliżowany, nie zdając sobie sprawy że to i tak nic by nie zmieniło.
Chłopak odwrócił się, już miał zrobić krok, kiedy oprzytomniałem i złapałem go za ramię.
- Kiba, nie mówisz chyba na serio. Zastanów się, przecież jeszcze wczoraj byliśmy razem, całowaliśmy się... Co było nie tak? - czułem narastającą rozpacz wewnątrz mnie.
- Sasuke, wczoraj było w porządku, naprawdę... - ledwo się do mnie odwrócił - Ale nie jest. Teraz nie jest. Zastanawiam się, czy kiedykolwiek było całkowicie w porządku. Wzrok twojego ojca wczoraj...
- Cholera jasna, co do tego ma mój zasrany ojciec?
- Widzę to, widzę jak zależy ci na tym żeby go sprowokować i wykorzystujesz do tego mnie. Nie chcę tego. Nie chcę mieć z tym nic wspólnego.
Patrzyłem na niego pustym wzrokiem.
- Nie wiem, co jest między wami nie tak, ale ja nie mam zamiaru w tym uczestniczyć - rzucił, kończąc rozmowę i oddalając się. Tym razem już na dobre.

***

Leżałem otępiały w łóżku, niedostępny dla wszelkich czynników zewnętrznych. Nie obchodził mnie chłód panujący w pokoju przy otwartym oknie, nie obchodziły mnie prośby matki dotyczące kolacji oraz wiadomość o nowych sąsiadach. Obojętny mi był nawet ojciec, który nawet wszedł do mojego pokoju i stał oparty o framugę drzwi przez kilka minut. Kiedy nadszedł zmrok, nawet nie mrugnąłem - wiedziałem, że i tak nie zasnę.
Kolejny dzień był taki sam, z małym wyjątkiem którym była mama krzątająca się wciąż niby przypadkiem obok jego pokoju. Po pracy ojciec znowu zagościł u mnie, tym razem na krócej, jakby wyczuwając beznadziejność sytuacji. Było mi wszystko jedno, jak przeżyję kolejny dzień. Dla mnie mógłby być taki sam jak dziś.
Los nie chciał dla mnie takiego życia
W końcu zasnąłem, jednak to był tak lekki sen, że pamiętałem każdy szczegół tego, co mi się przyśniło - to uciekającego Kibę zmieniającego się w wilka, który na mnie napada i zjada moje serce, rozszarpując moje ciało na strzępy, to znowu tamten spacer, zniekształcony, w którym spadam z pomostu do wody i się topię, gdy nagle okazuje się że to nie woda tylko piasek wciągający mnie pod ziemię.
Kiedy po raz kolejny otworzyłem oczy i gwałtownie usiadłem na łóżku, usłyszałem jęk i poczułem nagły ból głowy oraz rosnącego guza na czole. Na powrót zacisnąłem powieki i złapałem się w miejsce uderzenia. Zakląłem. Znów otworzyłem oczy.
Obok mojego łóżka klęczał złotowłosy chłopak, masujący sobie czoło. Miał na sobie rozpiętą zieloną koszulę flanelową, a pod spodem biały podkoszulek. Był ubrany w długie, jeansowe spodnie, na nogach miał śnieżnobiałe skarpetki. Nie widziałem dokładnie twarzy, gdyż była skryta w dłoniach. Pod nosem miotał przekleństwami. Jego głos denerwował mnie.
Nie byłem zdziwiony, to raczej był szok. Zanim zdołałem cokolwiek zrobić czy powiedzieć, blondyn podniósł się i wskazał na mnie oskarżycielsko.
- Debilu, zastanawiałeś się kiedyś, jak twardy można mieć łeb?
Co się tu dzieje? Mrugnąłem i otworzyłem szeroko oczy.
- Co ty wygadujesz, przecież to ty nade mną wisiałeś!
Mogłem przyjrzeć się jego twarzy - miał duże niebieskie oczy oraz dziwne blizny na policzkach wyglądające jak kocie wąsy. Zacząłem się zastanawiać, skąd je ma, jednak nie mogłem się tym zająć na dłużej...
- Ale to ty się podniosłeś jak nie wiadomo co! Jeny, człowieku, horrorów się naoglądałeś czy jak...
- A żeby to po horrorach było - odwarknąłem, nie dając po sobie poznać smutku. Wspomnienia sprzed kilku dni znów dały o sobie znać.
Z blondyna nagle wyparowała wszelka złość, ustępując zaciekawieniu. Usiadł po turecku naprzeciw mnie i patrzył na mnie niebieskimi oczyma. Ja natomiast, nadal poirytowany, wstałem z łóżka i przez chwilę krążyłem po pokoju. W końcu usiadłem na podłodze, opierając się plecami o ścianę.
- Kim ty w ogóle jesteś, co? - rzuciłem pytanie w stronę nieznajomego.
- Nowym sąsiadem - podniósł się i stanął nade mną, wyciągając dłoń - Naruto Uzumaki.
- Sasuke Uchiha, miło mi - zignorowałem gest blondyna - Jak się dostałeś do mojego pokoju?
- Przyszedłem z rodzicami w odwiedziny, szukałem toalety ale usłyszałem że chrapiesz…
- Tak wcześnie te odwiedziny? – zapytałem całkowicie ignorując uwagę o chrapaniu.
- Tak późno? - popatrzył na mnie ze zdziwieniem.

Spojrzałem na zegarek, na którym wyświetlała się godzina 17:49...

sobota, 22 czerwca 2013

Doctor (MidoKise fanfiction)


„Gimnazjum Teiko zdobywa kolejne punkty! Wspaniale sobie radzą przeciwnikiem…!”
                Pisk butów, okrzyki widowni…
„Piłka trafia do Shintarou Midorimy! Przymierza się do swojego słynnego rzutu…!”
                I cisza.

                Mokro. I gorąco… I zimno.
                Powieki były zbyt ciężkie, aby je unieść. Szum wody… Gdzie ja jestem?
               Z trudem otworzyłem oczy, wszystko było rozmazane. Zamrugałem nimi kilka razy, lecz to nie przywróciło ostrości obrazu. Okulary… gdzie moje okulary?
- Tego szukasz? – usłyszałem znajomy głos i poczułem, że ktoś mi niezdarnie nakłada moje okulary na nos. Poprawiłem je i znowu zamrugałem. Byłem w jakiejś… hm, łazience? Brązowe i waniliowe kafelki zdobiły ściany tego pomieszczenia, a dookoła rozchodził się znośny zapach perfum. Dopiero wtedy zorientowałem się, że nie jestem sam. Wykonałem gwałtowny ruch głową,chyba zbyt mocny gdyż bo nagle poczułem, że siły mnie opuszają. Moja głowa poleciała do tyłu i odruchowo zamknąłem oczy, spodziewając się uderzenia o kant wanny. Jednak zamiast bólu poczułem ciepłe ręce podtrzymujące moją głowę. Ponownie otworzyłem oczy i…
- KISE?!
Zamarłem. Co ja tu… Skąd on…
- Midorimacchi! – zawołał blondyn tym swoim niemalże dziewczęcym głosem. Wyglądał na bardzo zadowolonego.
- Ja ci dam Midorimacchi! – wydyszałem.
Byłem przerażony. Co do cholery robił tu Kise? A tak na marginesie, gdzie ja byłem?! Cholera go wie, ile tu siedział i co ze mną robił. Po nim wszystkiego można się spodziewać.
- Kise… Kise, co ja tutaj robię? – zapytałem po chwili, trochę się uspokajając.
- Nie pamiętasz, Midorimacchi? – zdziwił się – Byliśmy na meczu, rzucałeś i…
Zamilkł.
- I co? – zapytałem ostro.
- …Zemdlałeś. – Dokończył.
                Poczułem się beznadziejnie. Zemdlałem. I to na oczach tylu ludzi z widowni i członków obu drużyn. Dlaczego akurat wtedy? Co się do tego przyczyniło? Wysil mózgownicę, Midorima… Zawiązałem buty w prawidłowej kolejności? Może pomyliłem dni w kalendarzu? Tak w ogóle, czy trafiłem? Co jeśli spudłowałem? Akashi mnie zabije..
                - Kise… - chłopak popatrzył na mnie z zaciekawieniem – Strzeliłem tego kosza?
Cisza.
- Kise?
Nadal milczał.
            - Kise, do cholery!
- Nie powiem ci, Midorimacchi. – powiedział nagle. Na twarzy miał rumieniec, lecz w jego jasno piwnych oczach widać było determinację.
Tym razem to ja zaniemówiłem.
- Nie powiem ci – powtórzył – bo będziesz chciał trenować, a nie jesteś teraz w najlepszym stanie.
- Kise… - warknąłem przez zaciśnięte zęby i sięgnąłem do jego koszuli.  Zapłaciłem za ten ruch kolejnymi zawrotami głowy. Opadłem bezsilnie na oparcie wanny. Westchnąłem. 
Zaraz, co… Spojrzałem w dół. Woda, a pod wodą mój…
- KISEEEEE! DLACZEGO JESTEM NAGI?!
- Midorimacchi! – zawołał bliski płaczu Kise – Przepraszam! Przepraszaam! Ale ale ale… Byłeś nieprzytomny… I pomyślałem, że będzie ci potrzebna opieka… No i zaniosłem cię do siebie… Bo zapomniałem, gdzie mieszkasz i gdzie masz klucze od domu… I przeczytałem, że gorące kąpiele są zdrowe, dlatego ro – rozebrałem cię i wsadziłem do wanny… I robiłem ci chłodne okłady na czoło… Przepraaaszaaaaam, Midorimacchi…! 
- Dlaczego… Co… Kise… 
- No i bałem się, że się utopisz w tej wannie więc cały czas przy tobie siedziałem… - ten jego rumieniec to już przesada – Przepraszam, Midorimacchi!
Zamilkłem. W sumie nie chciał źle, ale bez przesady! Jak można zapomnieć, gdzie mieszka kolega z drużyny!? I ta kąpiel… Czy przypadkiem kiedy ktoś zemdleje, nie powinno się robić ZIMNEJ kąpieli? Westchnąłem.
  - Dobra – powiedziałem w końcu – Nie przepraszaj już. W sumie nic się nie stało. – Zacząłem wstawać – Dziękuję, że się tak przejmujesz, ale zaraz się ubieram i idę do do…
                Nie dokończyłem, za to poczułem że rośnie mi pokaźny guz na głowie.
                - Nigdzie cię nie puszczę, Midorimacchi. – stwierdził chłodnym i pustym głosem Kise – Najpierw musisz wyzdrowieć.
                Spojrzałem na niego i otworzyłem usta ze zdziwienia. Czy to na pewno był ten sam pokorny Kise? Wyglądał na zdeterminowanego i chyba nie miał zamiaru szybko się poddać i puścić mnie wolno. 
                - Kise, daj spokój. Nie będę przecież u Ciebie przesiadywał przez kilka dni…
                - A właśnie, że będziesz! – krzyknął.





 - Kise, nie. Przesadzasz…
                W odpowiedzi usłyszałem prychnięcie. Kurde. Głupi Kise. Mogłem sobie sam poradzić. Kiedy wychodziłem z łazienki ten debil uparł się że mi pomoże. No nic. 
               - Dzięki – mruknąłem kiedy pozwolił mi samodzielnie usiąść na łóżku. Rozejrzałem się. Muszę przyznać,  że jego sypialnia była całkiem ładna. Spodziewałem się w cholerę luster czy wielkiej garderoby z ubraniami jak na modela przystało. Jednak zastałem przyjemny pokój o beżowych ścianach z jedną małą narożną szafą obok okna. Panował tu porządek czego nie spodziewałem się po wiecznie roztargnionym Kise. 
              - Kładź się - powiedział. 
              - Co? – spojrzałem na niego ze zdziwieniem.
              - Kładź się. Na łóżku.
              - Ale… po co?
              - Midorimacchi – westchnął – musimy sobie wyjaśnić pewne rzeczy, nie sądzisz?
              - E…?
              -  Od kiedy tu jesteś – spojrzał na mnie twardo – masz mnie słuchać. Nie! – warknął, kiedy otwierałem usta, żeby  mu przerwać wtrącając własne „ale” – Midorimacchi, będę się tobą opiekował, więc bez dyskusji. Kładź się. I nie obchodzi mnie, jak bardzo jesteś seme.
              - Że jak?! – Jaki kurna seme? Dojebał zdrowo. Aż mnie zatkało ze zdziwienia, jednak nie zdążyłem nic poza tym zrobić, bo zostałem przywalony do łóżka siłą. 
              - Ostrzegałem – rzucił Kise.
               Dyszałem, nie wiedząc czy z gniewu czy ze zmęczenia. Przesadza.
               Cisza.
              - Dlaczego ze mnie nie zejdziesz? - zapytałem po dłuższej chwili patrzenia sobie wzajemnie w oczy. 
              - Sam nie wiem. - odpowiedział tylko, nie poruszając się - Muszę?
               Cisza. 
              - Midorimacchi. Ja chyba... - zbliżył swoje usta do moich - Ja chyba...
               Kiedy zorientowałem się, co chce powiedzieć, pośpiesznie zrzuciłem go z siebie. 
              - Jest dobrze, już będę leżał. Nie musisz się tak przejmować - powiedziałem z odwróconą głową.
              - W porządku - usłyszałem - Idę do kuchni, jeśli będziesz mnie potrzebował to zawołaj - w jego głosie wyczułem nutkę wstydu.
              - Jasne.

               Nie wiedziałem, czym się przejmuję. Siedziałem na łóżku, wpatrując się w podłogę i rozmyślając. Sytuacja z Kise męczyła mnie, choć nie za bardzo wiedziałem czemu. Kise to Kise. Jest modelem, ma własny harem dziewczyn, wiec w czym problem? Na pewno nie woli chłopców, odbiło mu po prostu czy coś. Idiota.
               A co, jeśli woli?
               Uderzyłem się otwartą dłonią w czoło. Przestań, głupcze. W ogóle, dlaczego się tym przejmuję? "Nie myśl o tym, po prostu nie myśl..."
               Drzwi otworzyły się i wszedł nimi sprawca nieładu w mojej głowie. Usiadł na łóżku obok mnie i przez chwilę oboje milczeliśmy.
              - Midorimacchi, przepraszam za to... wcześniej... - odezwał się w końcu Kise, patrząc przed siebie.
              - Nie przepraszaj.
               Nie odezwał się, jedynie westchnął i obrócił się twarzą do mnie.
               - Midorimacchi, kocham Cię.
               Zamarłem.
               Spojrzałem na niego z pełnym spokojem. Nie musi wiedzieć, co teraz dzieje się w moim sercu.
              - Słuchaj... Jesteśmy w beznadziejnym fanfiku jakiejś yaoistki która nie umie pisać i wiesz, nie wyznawaj mi jeszcze tej miłości, poczekaj aż ona coś wymyśli, jak zapełnić historię, ok?

piątek, 21 czerwca 2013

Music Laws ep.6

Znajomy głos dźwięczy mi w głowie. Stoję, oszołomiony. Po krótkiej chwili odpowiadam.
- Johan...?
Serdeczny śmiech.
- Pewnie, że ja! Dawno rozmawialiśmy i pomyślałem, że zrobię ci małą niespodziankę.
- Masz dziwnie dobry humor, Johan. To podejrzane.
Rozmawiamy z dziwną lekkością, jakbyśmy się znali o wiele dłużej. To... Fascynujące.
- Mam dobry humor zawsze, kiedy Cię widzę, Nobu.
Nie wiem, czemu się zawstydziłem. To głupie, ale on też kurna, wali takimi tekstami...
- Nie pij tyle.
- Gadanie...
Uśmiecham się, wchodząc po schodach.
- Gdzie jesteś? - pyta.
- Wracam do domu.
- Świetnie - wyobraziłem sobie jego uśmiech - Popatrz przed siebie, a nie idziesz z opuszczoną głową.
- O czym ty... - podrywam głowę.
Przede mną, oparty o drzwi od mojego mieszkania, stoi Johan, uśmiechnięty od ucha do ucha.
- Zdziwiony?
Rzeczywiście, zaniemówiłem, z telefonem w ręku. Mrugam oczami, nie bardzo rozumiejąc co się dzieje dookoła mnie.
- Johan.
- Ja - uśmiecha się jeszcze szerzej.
To chyba odruch, impuls, nie wiem, w każdym razie mocno go do siebie przytulam. Zdziwiony własną reakcją czuję, jak szybko bije mi serce.
- Co tu robisz? - pytam go, gdy wypuszcza mnie z objęć.
- Cóż - przeczesuje ręką włosy - mamy trochę wolnego ostatnio, więc pomyślałem że wpadnę do ciebie na dwa dni. Rozumiesz - figlarnie się uśmiecha - taki rewanżyk. Chyba nie masz nic tu do gadania.
Wzdycham, kręcąc z niedowierzaniem głową.
- Absolutnie.
W środku czuję dziwne ciepło, którego nie umiem opisać. Dlaczego tak bardzo się cieszę?
Jakby czytając w moich myślach, Johan pogładzi mnie po włosach i mówi:
- Fajnie cię znowu widzieć, wiesz? A tak na poważnie, mam nadzieję że nie robię ci problemu?
- Głupi - fukam - możesz zostać u mnie nawet tydzień - otwieram drzwi, wchodzimy do środka.
- To dobrze, bo... - staje bardzo blisko mnie, zbliżając swoje czoło do mojego - łatwo się mnie nie pozbędziesz.

Music Laws ep.5

- Cześć, furiacie!
Odwracam głowę. Siedzę z Johanem przy stole, do pokoju wkracza Peter, nie szczędząc złośliwych uwag koledze.
- Spadaj - sapie w odpowiedzi.
Wstaliśmy dość wcześnie, nie spodziewałem się że będziemy spali mniej niż 8 godzin. Jednak wyszło około... czterech?
- Coś jakiś sflaczały jesteś, Johciu, nawet się nie podroczysz.
Rzeczywiście, 4 godziny snu to ciut mało dla dorosłego faceta po ciężkim dniu pracy. Czuję się winny jego samopoczuciu, jednak on nie przyjmuje moich przeprosin - za każdym razem dzieli mnie lekko po głowie i mówi że za bardzo się przejmuję głupotami.
Resztę śniadania spędzamy w milczeniu, od czasu do czasu witając się z wchodzącymi do kuchni członkami zespołu i Misą. Jest już prawie całkowicie uspokojona, nadal szczęśliwa, ale już nie mdleje i nie piszczy. Chwała Bogu.
- Więc - chrząkam, zbierając naczynia ze stołu i wstawiając je do zlewozmywaka - chyba najwyższy czas wracać do domu.
- To już? - Johan zrywa się  z krzesła, patrząc na zegarek.
- Nie możemy zostać z wami na zawsze, Johan - śmieję się, oparty o blat kuchenny - zresztą już dużo dla nas zrobiliście, a teraz nie wiem, jak wam się odwdzięczyć. Autobus mamy za godzinę, więc spokojnie zdążymy wyjść i tak dalej.
Słyszę prychnięcie.
- Nie gadaj głupot, Nobu - Johan podchodzi do mnie i kładzie mi rękę na ramieniu - Nie masz za co się odwdzięczać, to była dla nas przyjemność poznać was i spać z tobą w jednym wyrku - mówi to z poważną miną, nie wiem, czy żartuje, czy nie, w każdym razie już się zdążyłem zorientować że jest trochę pokręcony - I nie mów mi o komunikacji miejskiej, to zło. Podwieziemy was.

Nie wiem czemu się na to wszystko godzę. Rzeczywiście, podwieźli nas do samego bloku. Odprowadziłem już Misaki, która na pożegnanie przytulała każdego z 10 minut,  a na koniec się rozpłakała, a sam stoję z chłopakami przed wjazdem do bloku.
- Arigatou gozaimasu - mówię po japońsku (przez cały czas komunikowaliśmy się po angielsku), kłaniając się. Takie podziękowania wydawały mi się najlepsze, w pełni wyrażające moją wdzięczność.
- Aleś walnął - zdziwiony Nikki uśmiecha się. Podoba mu się japoński, wcześniej Misaki poduczyła go tego i owego.
Ostatnie pożegnania i powrót do rzeczywistości. Jest mi trochę przykro, nawet się przywiązałem do nich. Macham im ręką na pożegnanie, gdy odjeżdżają autokarem.Stoję jeszcze w miejscu przez jakiś czas, po czym wracam do domu. Czas zacząć nowy dzień.

Wszystko zaczęło się mniej więcej 2 tygodnie po koncercie. Życie powróciło do normalności, żadnych zespołów i nocowań u nieznajomych ludzi czy mdlenia. Szkoła, praca, spotkania z Misaki, chociaż coraz rzadsze, z powodu egzaminów.
Wracam ze szkoły, gdy jestem przy bloku dzwoni mi telefon. Odbieram.
- Joł. Stęskniłem się, wiesz?

czwartek, 20 czerwca 2013

Alullaby (SasuNaru fanfiction)

Sasuke powoli, aczkolwiek skutecznie, trafiał slag.
Był na misji, wędrowali do małej osady w Kraju Ognia, a że była to wielodniowa wędrówka, na nocowanko zatrzymali się w pobliskim lesie. Teraz przypadała jego kolej warty, trochę dalej od obozowiska, jednak było coś, co nie dawało mu spokoju.
- Naruto - mruknął, nie doczekując się reakcji.
- Naruto - powtórzył.
- Zamknij się, idioto, i nie śpij na misji! - ryknął w końcu, brutalnie budząc blondyna ciosem w głowę.
- Sasuke, twoja mać, nie musisz krzyczeć, kurna... nie moja wina, że chrapie mi się, no... - odpowiedział zaspany i wyrwany ze snu Naruto.
Prychnięcie.
- Dlaczego, powiedz mi, dlaczego, zawsze gdy mamy wartę ja jestem skupiony a ty nawet dupy nie ruszysz?
- Debilu... Czarny... Nie moja wina, że spać mi się chce...
"Nawet teraz się nie rozbudził" pomyślał z irytacją Sasuke.
Zapadło milczenie - ani wkurzony Sasuke, ani obrażony Naruto, nic nie mówili.
Po dłuższej chwili rozległo się chrapanie, a Sasek, na skraju wytrzymałości, westchnął, po czym wstał i podszedł do blondyna, podnosząc go za bluzę do góry i przykleszczając do drzewa. Ten od razu otworzył oczy i z niemałym zdziwieniem popatrzył na Sasuke. Żaden z nich nie spuszczał z drugiego wzroku. W końcu Naruto spuścił wzrok i powiedział:
- Przepraszam, no, nie musisz mnie bić, postaram się już nie spać...
Czarnowłosy ujął go za podbródek, doprowadzając do rumieńca. Chwilę później Naruto zaczął się wyrywać i szarpać. Sytuacja, w której się znajdywał, była co najmniej dziwna i wprawiała go w zakłopotanie.
- Idioto, nie pajacuj, mówię że już nie będę spał...!
- Bo ci nie pozwolę spać - rzekł ze spokojem Sasuke, ujmując blondyna za policzki i składając na jego ustach długi pocałunek.
Przez chwilę słyszeli wzajemnie swoje oddechy, zaskoczony Naruto nie potrafił wydobyć z siebie żadnego odgłosu, patrzył jedynie w czarne oczy, które były tuż przed jego oczami.
Nagle się ocknął. Popchnął Sasuke, odsunął się najdalej jak mógł i wydyszał:
- Ogłupiałeś?! Co ty sobie myślisz?! Ja nie...
- Co ty nie? - przerwał mu - podobało ci się, przecież widzę.
- Nie pieprz głupot! - krzyknął blondyn zakrywając rumieniec oblewający jego twarz.
- Ciszej, Naruto, wcale nie jesteśmy tak daleko od obozowiska, każdy może cię usłyszeć - podszedł do niego i złapał go za rękę - jeśli chcesz krzyczeć, chodźmy.
Nie czekając na reakcję złotowłosego, porwał go wgłąb lasu, a kiedy byli dość daleko od Sakury i Kakashiego, zatrzymał się, nie wypuszczając ręki Naruto.
- W co ty grasz, Sasuke? - zapytał spokojnie Naruto, opuszczając głowę tak, aby nie patrzeć w oczy koledze z drużyny.
- Popatrz na mnie. Popatrz mi w oczy - bez reakcji - Popatrz mi w oczy, Naruto! - ponownie ujął jego twarzy i podniósł jego głowę, zmuszając spojrzenia do zetknięcia. W niebieskich oczach blondyna zobaczył łzy - Dlaczego uważasz, że gram?
- Bo ty zawsze grasz, Sasuke - odrzekł, a łzy popłynęły po jego policzkach.
- Nie. To nie tak, Naruto - delikatnie otarł łzy chłopaka - Zaufaj mi chociaż raz. To nie tak.
- Sasuke ja...
- Shhh... Już dobrze.
Ich usta ponownie się zetknęły przyprawiając ich serca do szybszego bicia. Z czasem pocałunki robiły się coraz śmielsze i bardziej namiętne.
- Sasuke... - szepnął Naruto, gdy czarnowłosy zdejmował z niego bluzę i włożył rękę pod koszulkę. Blondyn pomógł mu, zrywając z siebie czarny podkoszulek. Czarnooki na chwilę odsunął się od chłopaka, rozpinając koszulę.
Ich serca wybijały jeden rytm, ciała stykały się ze sobą, słyszeli równe oddechy.Nie widzieli nic, poza sobą nawzajem, świat dla nich nie istniał.

- Już nie będziesz spał? - zapytał Sasuke i z lekkim uśmiechem delikatnie połaskotał Naruto w rękę.
- Kto wie... - zamruczał blondyn.
Najszczęśliwszy na całym świecie blondyn.

czwartek, 30 maja 2013

Music Laws ep.4

A nie jest? Po koncercie zupełnie nieznanego mi zespołu zupełnie nieznani ludzie z niego łapią mnie i moją dziewczynę na ulicy i serdecznie zapraszają na nocowanie. Jeszcze ten cały Johan... Podejrzany jest. Zresztą jak wszyscy. Zachowują się jak... hm... Dzieci?!
Wzdycham, zrezygnowany rozglądam się po niewielkim pokoju. Jednoosobowe łóżko, małe okno wychodzące na ulicę, stara, zielona tapeta na ścianie. Nieźle. Jak na dość znanego muzyka taka skromność zrobiła na mnie niemałe wrażenie.
Drzwi otwierają się. Do pokoju wchodzi świeżo po prysznicu Johan, jeszcze z ręcznikiem na ramionach.
- Ubierz się - rzucam na widok jego obnażonego torsu - jeszcze się przeziębisz.
Śmieje się.
- Nie jestem takim zmarzluchem. - kładzie się na łóżku obok mnie i wzdycha.
Odwracam się do niego.
- Przepraszam.
- Za co niby? - podnosi się na łokciach i spogląda na mnie ze zdziwieniem.
- Za wszystko... Przyjechaliście do Tokio dać koncert, pewnie jesteście zmęczeni na masę... i jeszcze zwaliłem się wam na gło...
Nie dokańczam, Johan zamyka mi usta dłonią.
- Głupi jesteś. Gdybyś nam się zwalał, wygoniłbym cię. Zresztą sam tego chciałem. Bardzo chciałem się poznać... - puszcza mnie i wraca do dawnej pozycji - Nie mów tak, jakby to była twoja wina, Nobu.
Wzdycham. Wstaję i kładę się obok Johana. Było już naprawdę późno, grubo po północy, na pewno był zmęczony. Dziwi mnie to, czemu nalegał, żebym z nim spał. Powinien sam w spokoju się wyspać... Ale w sumie dzisiaj nic nie było do końca normalne.
Leżymy tak razem w ciszy, gdy nagle Johan się odezwał:
- Dlaczego milczysz?
Choć wiem, że tego nie widzi w ciemności, spoglądam na niego zszokowanym spojrzeniem.
- Chcę, żebyś spał.
- To nienormalne.
- Nienormalne? - Czy on jest głupi? - Jesteś wykończony koncertem i jest 1 w nocy. Masz też nieznajomego gościa w łóżku. Mam do ciebie mówić?
- Tak - odpiera po prostu.
- Śpij już - kręcę głową.
Znowu cisza.
- Czemu twierdzisz że to nienormalne? - nie wytrzymałem.
- Bo ja wiem... Tyle przygód dzisiaj, spotykasz kolesia którego muzyki słuchasz i nic?
- Gdyby nie Misaki, nie byłoby mnie tu - muszę mu wyjaśnić całą sytuację. - Najprawdopodobniej nawet nigdy bym o was nie usłyszał. No dobra, może nie nigdy, ale przez najbliższy okres...
Opowiadam mu całą historię.
- Rozumiem... - mruczy w zadumie - Czyli zrobiłeś jej niespodziankę z okazji rocznicy.
- Niezupełnie. Misa bardzo chciała pójść więc namówiła mnie na ten koncert.
- Żałujesz? - pyta z rozbawieniem w głosie.
- Sam nie wiem... - odrzekam - Zobaczymy, co z tego wyniknie. Czuję, że nic dobrego. Sorry, Johciu.
Parska śmiechem.
- Okej, rozumiem - chichocze - Ale nie mów do mnie Johciu!

Music Laws ep.3

Siedzę na kanapie w hotelu, już może nie tyle zszokowany, co po prostu zmieszany. Co chwilę poprawiam okulary, taki mój tik nerwowy. Chłopaki z zespołu przenieśli Misaki do kuchni i próbują ją ocucić. Nikki szczególnie przy niej lata i szczerze mówiąc zrobiło mi się miło z tą świadomością, poczułem do niego głęboką sympatię, co było do mnie niepodobne. Zwykle nie ufam ludziom.
Otwierają się drzwi. Podnoszę głowę i widzę Johana. Oparł się o ścianę i w głębokiej zadumie patrzy na mnie. Poziom zmieszania wzrasta.
- Często porywacie dopiero co poznanych ludzi do hotelu? - pytam, aby rozluźnić sytuację.
Śmieje się.
- Nie, to dopiero pierwszy raz. Jeszcze nikogo takiego nie spotkaliśmy... - zaczyna i naraz milknie, jakby powiedział parę słów za dużo. Patrzy na mnie przepraszająco.
Uśmiecham się. Johan nie pozostaje mi dłużny. Robi krok w moją stronę.
- JOHCIUUU BO WIESZ... - Jolly wpada do pokoju i natychmiast się zatrzymuje. Za nim kroczy Pete - Ups... - zakrywa usta dłonią - Przepraszam, Johciu...
- Czego chcesz? - patrzy na niego spode łba - Coś ważnego czy jak zwykle?
- Nie nie... Bo wiesz... Może by tak przygotować dla naszych gości jakąś kolacyjkę i łóżka? - szczerzy zęby i patrzy na mnie znacząco. Dlaczego nic z tego nie rozumiem?
Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, nagle do rozmowy wyrwał się Peter.
- OKI, TO  NOBU MOŻE SPAĆ ZE MNĄ - Johan rzuca mu dziwne spojrzenie - No co... Z miejscem może być problem...
- No no Pete, nie zapominaj się, bo Johcio się zabije - dyszy Joakim, zgięty w pół ze śmiechu.
- Przestańcie odwalać, idioci - warczy Johan podchodząc do kolegów z grupy.
- No Johciuu...Nie wmówisz nam że nie jesteś zazdro...
- Wy jesteście jacyś inni! - wściekły wokalista porządnie uderza Jolly'ego, który dalej dusi się ze śmiechu, i już zabiera się za Petera.
Dość tego.
- Ej no, kurna - wstaję, ochraniając tym samym Pete'a przed Johanem - Nie kłóćcie się... Przecież nikt nie mówił że zostajemy tu na noc... Mamy tylko pół godziny busem do domu... Serio...
- Głupcze, nie będziesz wracał w nocy do domu. Nie wiesz, kto się tu kręci w nocy - odzywa się Johan, nadal trzymając Petera za rękaw.
- Gwałciciele... - mruczy pod nosem Jolly, przy okazji zostając zmiażdżonym morderczym spojrzeniem wokalisty.
- Przecież nie pierwszy raz wracam do domu busem. - zaczynam się denerwować - Nie jestem dzieckiem, mam 17 lat...
- I śliczną buźkę - nagle w drzwiach pojawia się głowa Jonasa.
- Chryste, co za ludzie - załamany Johan puszcza Pete'a i osuwa się na kanapę, ukrywając twarz w dłoniach - wam nic nie da się powiedzieć...
- NOBUUUUŚ NO - podbiega do mnie Peter i chwyta mnie za ramiona. Nie spodziewałem się tego - NOO ZOSTAŃ!!! BĘDZIESZ SOBIE SPAŁ Z KIM CHCESZ, ALE UWAŻAJ NA DŻOHANA, BO WIESZ... JAK COŚ TO BĘDZIESZ MÓGŁ PRZYJŚĆ DO MNIE NOO... ALE ZOSTAŃ...
- I Misaki będzie zadowolona!
- DOBRA. - miałem już serdecznie dość - ZOSTAJEMY. MOGĘ SPAĆ NAWET NA KANAPIE. TYLKO DAJCIE MI SPOKÓJ I SIĘ NIE KŁÓĆCIE.



- Yeeeeey! - krzyczy uszczęśliwiony Pete.
W końcu, kiedy Misa oprzytomniała, uzgodniliśmy że ostatecznie zostajemy. Nie posiadała się z radości i nie powiem, że mnie to uszczęśliwiło. "Niech już ma" - pomyślałem.Wykonała telefon do swoich rodziców, aby się nie martwili, później musiałem to potwierdzić, ponieważ w ich oczach byłem "starszym i mądrzejszym" (Misaki jest o rok ode mnie młodsza). Osobiście nie musiałem do nikogo dzwonić, mieszkam sam.
- To jest naprawdę dziwne - szepczę sam do siebie, siedząc w pokoju Johana.