Krótkie opowiadanie mojego autorstwa.
Odkąd znalazłem się w
liceum, moje życie wywróciło się do góry nogami. Aż do końca pierwszego
semestru ostatniej gimnazjalnej klasy wszystko zdawało się być takie… normalne.
I szczerze mówiąc, nawet nie próbowałem tego zmieniać.
Nawet, gdy mój świat zaczął się walić i nawet, gdy po raz
pierwszy przekroczyłem próg najgorszego liceum w mieście.
Niczym nie przypominało szkół, do jakich wcześniej
uczęszczałem. Były to drogie, prywatne szkoły, do których posłanie mnie było
priorytetem rodziców i chyba tylko to się dla nich liczyło. Jednakże
dziwnym zbiegiem okoliczności, dokładnie
na początku ostatniego semestru wszystko w moim życiu runęło. Firma ojca
zbankrutowała, matka popadła w alkoholizm, dowiadując się nieco za dużo o
relacjach mojego ojca z wicedyrektorem mojej szkoły. A ja… zostałem.
Najśmieszniejsze jest to, że nawet nie zauważyłem, kiedy minęło pół roku, kiedy
z najlepszego ucznia zmieniłem się w nieobecnego chłopca, kiedy zawaliłem
egzaminy i oceny. Oraz… kiedy znalazłem się w liceum w Kohouta.
Już po pierwszym kroku na nowym terytorium wyłapałem miliony
różnic pomiędzy tą szkołą a poprzednimi. Były to zarówno obskurne ściany,
zapach alkoholu i dym papierosów, kurz jak i ludzie. A każdy z nich był
zupełnie inny. Widziałem szminki, tatuaże, kolczyki, irokezy, blizny, krótkie
spódniczki i półnagie męskie torsy.
Najwyraźniej to ja byłem w tym wszystkim najdziwniejszy.
Idąc korytarzem w zwykłej koszuli, trampkach i dżinsach, naraziłem się na
ponure spojrzenia. Nikt nic nie mówił. Słyszałem głośną muzykę ze słuchawek
ludzi których mijałem, jednak poza tym wszyscy milczeli. Na lekcjach było
podobnie, o czym zdążyłem się przekonać już w pierwszym tygodniu. Nauczyciele
mieli nas głęboko w dupie, żaden nie pofatygował się nawet zerknąć na
wyczytywaną osobę podczas sprawdzania listy obecnych.
Nie minął miesiąc, kiedy nie tylko się przyzwyczaiłem do
panującej tu atmosfery, jak i po prostu się jej podporządkowałem. Z nikim nie
rozmawiałem, nikt z nikim nie rozmawiał. Wszyscy byli tacy… osobni. Nie
rozmawialiśmy, jednak i tak wszyscy wiedzieli kto jara albo pali szlugi. To
była specyfika tej szkoły.
Joela poznałem w trakcie drugiego miesiąca nauki. To był
całkowity przypadek. Po lekcjach siedziałem w szkole, ponieważ wypadła moja
kolej na dyżur. Musiałem odsiedzieć tutaj trzy godziny, więc wiedząc że oprócz
mnie i oschłej woźnej która i tak nic nie mówiła nikogo nie ma, zaszyłem się w
najmniej śmierdzącym kącie z książką. Podczas czytania, obok mnie usiadł wysoki
i chudy blondyn z włosami postawionymi na żelu oraz kilkoma kolczykami na
twarzy. Zapalił fajkę, zaciągnął się parę razy i po jakimś czasie stwierdził że
dotrzyma mi towarzystwa. „Nie mam po co wracać do domu” – tak powiedział.
Zaczęliśmy rozmawiać.
Nie wiem, czy to ze względu na sposób funkcjonowania w tym
liceum, gdzie każdy trzymał się sam, ale zapragnęliśmy być we dwóch. Po kilku
miesiącach byliśmy przyjaciółmi, mimo że w szkole nadal pozostawaliśmy
oddzielnie, jakby nic nas nie łączyło. Dopiero po lekcjach czekałem na niego w
tym samym miejscu, w którym się spotkaliśmy i najczęściej po prostu siedzieliśmy
tam i rozmawialiśmy godzinami, często nawet do późnego wieczoru.
Dzisiaj miało być podobnie. Po dzwonku wychodzę do toalety
na papierosa, żeby nie wzbudzić podejrzeń innych osób. Po 10 minutach udaję się
na wskazane miejsce i czekam. Spoglądam na zegarek Za kilka minut miała wybić
czwarta. Unoszę wzrok i ku moim oczom ukazuje się Joel. Inny. Uśmiecha się.
- Joel…
- Paul - podchodzi bliżej do mnie z radosną miną – chcę ci coś pokazać.
- Paul - podchodzi bliżej do mnie z radosną miną – chcę ci coś pokazać.
Nic nie mówię. Joel chwyta moją rękę i biegniemy korytarzem,
za chwilę po schodach. Wchodzimy na dach. Zalewa mnie blask zachodzącego
słońca. Uśmiech nadal jest na jego twarzy. Podchodzimy do samej krawędzi dachu.
Joel podchodzi bliżej. Bliżej.
- Kocham Cię, Paul.
Dzwon wybija czwartą. Spadamy. Nasze ciała leżą roztrzaskane
na betonowym chodniku przed szkołą.