sobota, 27 kwietnia 2013

Today's the day we'll fade away


Krótkie opowiadanie mojego autorstwa.


 Odkąd znalazłem się w liceum, moje życie wywróciło się do góry nogami. Aż do końca pierwszego semestru ostatniej gimnazjalnej klasy wszystko zdawało się być takie… normalne. I szczerze mówiąc, nawet nie próbowałem tego zmieniać.
Nawet, gdy mój świat zaczął się walić i nawet, gdy po raz pierwszy przekroczyłem próg najgorszego liceum w mieście.
Niczym nie przypominało szkół, do jakich wcześniej uczęszczałem. Były to drogie, prywatne szkoły, do których posłanie mnie było priorytetem rodziców i chyba tylko to się dla nich liczyło. Jednakże dziwnym  zbiegiem okoliczności, dokładnie na początku ostatniego semestru wszystko w moim życiu runęło. Firma ojca zbankrutowała, matka popadła w alkoholizm, dowiadując się nieco za dużo o relacjach mojego ojca z wicedyrektorem mojej szkoły. A ja… zostałem. Najśmieszniejsze jest to, że nawet nie zauważyłem, kiedy minęło pół roku, kiedy z najlepszego ucznia zmieniłem się w nieobecnego chłopca, kiedy zawaliłem egzaminy i oceny. Oraz… kiedy znalazłem się w liceum w Kohouta.
Już po pierwszym kroku na nowym terytorium wyłapałem miliony różnic pomiędzy tą szkołą a poprzednimi. Były to zarówno obskurne ściany, zapach alkoholu i dym papierosów, kurz jak i ludzie. A każdy z nich był zupełnie inny. Widziałem szminki, tatuaże, kolczyki, irokezy, blizny, krótkie spódniczki i półnagie męskie torsy.
Najwyraźniej to ja byłem w tym wszystkim najdziwniejszy. Idąc korytarzem w zwykłej koszuli, trampkach i dżinsach, naraziłem się na ponure spojrzenia. Nikt nic nie mówił. Słyszałem głośną muzykę ze słuchawek ludzi których mijałem, jednak poza tym wszyscy milczeli. Na lekcjach było podobnie, o czym zdążyłem się przekonać już w pierwszym tygodniu. Nauczyciele mieli nas głęboko w dupie, żaden nie pofatygował się nawet zerknąć na wyczytywaną osobę podczas sprawdzania listy obecnych.
Nie minął miesiąc, kiedy nie tylko się przyzwyczaiłem do panującej tu atmosfery, jak i po prostu się jej podporządkowałem. Z nikim nie rozmawiałem, nikt z nikim nie rozmawiał. Wszyscy byli tacy… osobni. Nie rozmawialiśmy, jednak i tak wszyscy wiedzieli kto jara albo pali szlugi. To była specyfika tej szkoły.
Joela poznałem w trakcie drugiego miesiąca nauki. To był całkowity przypadek. Po lekcjach siedziałem w szkole, ponieważ wypadła moja kolej na dyżur. Musiałem odsiedzieć tutaj trzy godziny, więc wiedząc że oprócz mnie i oschłej woźnej która i tak nic nie mówiła nikogo nie ma, zaszyłem się w najmniej śmierdzącym kącie z książką. Podczas czytania, obok mnie usiadł wysoki i chudy blondyn z włosami postawionymi na żelu oraz kilkoma kolczykami na twarzy. Zapalił fajkę, zaciągnął się parę razy i po jakimś czasie stwierdził że dotrzyma mi towarzystwa. „Nie mam po co wracać do domu” – tak powiedział. Zaczęliśmy rozmawiać.
Nie wiem, czy to ze względu na sposób funkcjonowania w tym liceum, gdzie każdy trzymał się sam, ale zapragnęliśmy być we dwóch. Po kilku miesiącach byliśmy przyjaciółmi, mimo że w szkole nadal pozostawaliśmy oddzielnie, jakby nic nas nie łączyło. Dopiero po lekcjach czekałem na niego w tym samym miejscu, w którym się spotkaliśmy i najczęściej po prostu siedzieliśmy tam i rozmawialiśmy godzinami, często nawet do późnego wieczoru.
Dzisiaj miało być podobnie. Po dzwonku wychodzę do toalety na papierosa, żeby nie wzbudzić podejrzeń innych osób. Po 10 minutach udaję się na wskazane miejsce i czekam. Spoglądam na zegarek Za kilka minut miała wybić czwarta. Unoszę wzrok i ku moim oczom ukazuje się Joel. Inny. Uśmiecha się.
- Joel…
- Paul -  podchodzi bliżej do mnie z radosną miną – chcę ci coś pokazać.
Nic nie mówię. Joel chwyta moją rękę i biegniemy korytarzem, za chwilę po schodach. Wchodzimy na dach. Zalewa mnie blask zachodzącego słońca. Uśmiech nadal jest na jego twarzy. Podchodzimy do samej krawędzi dachu. Joel podchodzi bliżej. Bliżej.
- Kocham Cię, Paul.
Dzwon wybija czwartą. Spadamy. Nasze ciała leżą roztrzaskane na betonowym chodniku przed szkołą.