- W żadnym wypadku, mamo - odrzekłem - Kiba nakarmił mnie ramenem i takim sosem, no wiesz...
- Nie, nie wiem - odciął szybko ojciec z irytacją w głosie.
Wyczuł, że słowa "nakarmił" użyłem
nie w przenośni, a w celu wytrącenia go z równowagi. Dobrze wyczuł.
- ... takim z warzywami - dokończyłem spokojnie, ignorując kąśliwą uwagę
ojca - W sumie już wtedy byłem pełny, co tu mówić o kolejnym posiłku... Zapnij
pasy, tato.
Jechaliśmy samochodem przez miasto. Wracałem od
Kiby, leniwie wpatrując się w okno i delektując się powolnym rozwścieczaniem
ojca. Zacząłem to już wczoraj wieczorem, kiedy oznajmiłem im że jutro wybieram
się na cały dzień do chłopaka, co natychmiast wprawiło ojca w rozdrażnienie.
Myślałem, że wyjdzie z siebie kiedy dałem buziaka chłopakowi na pożegnanie, ale
- o dziwo - jeszcze się trzymał.
Usłyszałem cichy syk matki i chwilowo oderwałem
wzrok od okna. Ojciec pędził, niemal ignorując znaki i utrzymując maksymalnie
dozwoloną prędkość. Olałem to, wiem, że jak zwykle chciał mi pokazać, że to on
tu rządzi. Istny idiotyzm i dziecinada.
Przypomniałem sobie, kiedy pierwszy raz zobaczył
mnie z chłopakiem i od razu musiałem powstrzymać uśmiech. Rozwścieczony
kazał mi... oh, już nawet nie pamiętam jak to się skończyło. Chyba było... dość
zabawnie.
Kiedy wróciliśmy do domu, od razu pobiegłem do
pokoju i rzuciłem się na łóżko, w biegu wyciągając telefon z kieszeni. Może i
byłem draniem, ale bez Kiby długo nie mogłem wytrzymać i tym sposobem pisaliśmy
do późna w nocy.
Wstałem dość późno, obudzony przez matkę wołającą
mnie na śniadanie. Zwlokłem się po schodach, mizernie poprawiając włosy. Na
moją korzyść ojca nie było w domu - poszedł do pracy a akurat dzisiaj nie
miałem ochoty na użeranie się z nim. Szybko zjadłem płatki, poleciałem na górę
aby się przebrać i umyć, a kiedy już byłem gotowy, wybiegłem na spotkanie z
Kibą.
Zobaczyłem go, stał tuż przy parku. Uśmiechnąłem
się lekko i mocno go przytuliłem. Odpowiedział mi dziwnym uśmiechem, co mnie
trochę zdziwiło, ale upojony spotkaniem ów incydent szybko wyleciało mi z
głowy.
- Przejdziemy się? - zapytał niepewnie.- Jasne - potaknąłem, łapiąc jego dłoń.
Szliśmy chodnikiem, milcząc. Zdawałoby się że
podziwiamy urok tego miejsca - drzewa, zielona trawa zapraszająca swoja
miękkością na piknik, różnorodne kwiaty, kolorowe ptaki wesoło ćwierkające przy
fontannie, od czasu do czasu popijające wodę - i tak na początku było. Po
kilkunastu minutach jednak coś w głowie podpowiadało mi, że nie jest w porządku
i coraz bardziej przestawało mi się to podobać.
Zatrzymaliśmy się na pomoście. Kiba - oparty o
barierkę - oraz ja, wyprostowany i pełen złych przeczuć.
Kiedy w końcu zdecydowałem się coś powiedzieć, w
chwili otwierania ust chłopak odwrócił się do mnie i popatrzył na mnie swoimi
ciemnymi oczyma o źrenicach jak u kota.
- Sasuke, myślę że z nami koniec.
Wydawało mi się, że się przesłyszałem. Wiatr
rozwiewał nasze włosy, jednak było mi to całkowicie obojętne.
- O czym ty mówisz?- Dobrze usłyszałeś - odwrócił wzrok na drewnianą podłogę pomostu - To koniec.
- Kiba...
Chciałem podejść do niego, jak zwykle pogładzić
po policzku i pocałować w czoło. Jednak stałem jak sparaliżowany, nie zdając
sobie sprawy że to i tak nic by nie zmieniło.
Chłopak odwrócił się, już miał zrobić krok, kiedy
oprzytomniałem i złapałem go za ramię.
- Kiba, nie mówisz chyba na serio. Zastanów się, przecież jeszcze wczoraj
byliśmy razem, całowaliśmy się... Co było nie tak? - czułem narastającą rozpacz
wewnątrz mnie.- Sasuke, wczoraj było w porządku, naprawdę... - ledwo się do mnie odwrócił - Ale nie jest. Teraz nie jest. Zastanawiam się, czy kiedykolwiek było całkowicie w porządku. Wzrok twojego ojca wczoraj...
- Cholera jasna, co do tego ma mój zasrany ojciec?
- Widzę to, widzę jak zależy ci na tym żeby go sprowokować i wykorzystujesz do tego mnie. Nie chcę tego. Nie chcę mieć z tym nic wspólnego.
Patrzyłem na niego pustym wzrokiem.
- Nie wiem, co jest między wami nie tak, ale ja nie mam zamiaru w tym
uczestniczyć - rzucił, kończąc rozmowę i oddalając się. Tym razem już na dobre.***
Leżałem otępiały w łóżku, niedostępny dla
wszelkich czynników zewnętrznych. Nie obchodził mnie chłód panujący w pokoju
przy otwartym oknie, nie obchodziły mnie prośby matki dotyczące kolacji oraz
wiadomość o nowych sąsiadach. Obojętny mi był nawet ojciec, który nawet wszedł
do mojego pokoju i stał oparty o framugę drzwi przez kilka minut. Kiedy
nadszedł zmrok, nawet nie mrugnąłem - wiedziałem, że i tak nie zasnę.
Kolejny dzień był taki sam, z małym wyjątkiem
którym była mama krzątająca się wciąż niby przypadkiem obok jego pokoju. Po
pracy ojciec znowu zagościł u mnie, tym razem na krócej, jakby wyczuwając
beznadziejność sytuacji. Było mi wszystko jedno, jak przeżyję kolejny dzień.
Dla mnie mógłby być taki sam jak dziś.
Los nie chciał dla mnie takiego życia
W końcu zasnąłem, jednak to był tak lekki sen, że
pamiętałem każdy szczegół tego, co mi się przyśniło - to uciekającego Kibę
zmieniającego się w wilka, który na mnie napada i zjada moje serce,
rozszarpując moje ciało na strzępy, to znowu tamten spacer,
zniekształcony, w którym spadam z pomostu do wody i się topię, gdy nagle
okazuje się że to nie woda tylko piasek wciągający mnie pod ziemię.
Kiedy po raz kolejny otworzyłem oczy i gwałtownie
usiadłem na łóżku, usłyszałem jęk i poczułem nagły ból głowy oraz
rosnącego guza na czole. Na powrót zacisnąłem powieki i złapałem się w miejsce
uderzenia. Zakląłem. Znów otworzyłem oczy.
Obok mojego łóżka klęczał złotowłosy chłopak,
masujący sobie czoło. Miał na sobie rozpiętą zieloną koszulę flanelową, a pod
spodem biały podkoszulek. Był ubrany w długie, jeansowe spodnie, na nogach miał
śnieżnobiałe skarpetki. Nie widziałem dokładnie twarzy, gdyż była skryta w
dłoniach. Pod nosem miotał przekleństwami. Jego głos denerwował mnie.
Nie byłem zdziwiony, to raczej był szok. Zanim
zdołałem cokolwiek zrobić czy powiedzieć, blondyn podniósł się i wskazał
na mnie oskarżycielsko.
- Debilu, zastanawiałeś się kiedyś, jak twardy można mieć łeb?
Co się tu dzieje? Mrugnąłem i otworzyłem szeroko
oczy.
- Co ty wygadujesz, przecież to ty nade mną wisiałeś!
Mogłem przyjrzeć się jego twarzy - miał duże
niebieskie oczy oraz dziwne blizny na policzkach wyglądające jak kocie
wąsy. Zacząłem się zastanawiać, skąd je ma, jednak nie mogłem się tym zająć na dłużej...
- Ale to ty się podniosłeś jak nie wiadomo co! Jeny, człowieku,
horrorów się naoglądałeś czy jak...- A żeby to po horrorach było - odwarknąłem, nie dając po sobie poznać smutku. Wspomnienia sprzed kilku dni znów dały o sobie znać.
Z blondyna nagle wyparowała wszelka złość,
ustępując zaciekawieniu. Usiadł po turecku naprzeciw mnie i patrzył na mnie
niebieskimi oczyma. Ja natomiast, nadal poirytowany, wstałem z łóżka i przez
chwilę krążyłem po pokoju. W końcu usiadłem na podłodze, opierając się plecami
o ścianę.
- Kim ty w ogóle jesteś, co? - rzuciłem pytanie w stronę nieznajomego.- Nowym sąsiadem - podniósł się i stanął nade mną, wyciągając dłoń - Naruto Uzumaki.
- Sasuke Uchiha, miło mi - zignorowałem gest blondyna - Jak się dostałeś do mojego pokoju?
- Przyszedłem z rodzicami w odwiedziny, szukałem toalety ale usłyszałem że chrapiesz…
- Tak wcześnie te odwiedziny? – zapytałem całkowicie ignorując uwagę o chrapaniu.
- Tak późno? - popatrzył na mnie ze zdziwieniem.
Spojrzałem na zegarek, na którym wyświetlała się
godzina 17:49...