poniedziałek, 22 lipca 2013

Let's go together

Nie jesteś głodny, synu? - zapytała matka z troską w głosie
- W żadnym wypadku, mamo - odrzekłem - Kiba nakarmił mnie ramenem i takim sosem, no wiesz...
- Nie, nie wiem - odciął szybko ojciec z irytacją w głosie.
Wyczuł, że słowa "nakarmił" użyłem nie w przenośni, a w celu wytrącenia go z równowagi. Dobrze wyczuł.
- ... takim z warzywami - dokończyłem spokojnie, ignorując kąśliwą uwagę ojca - W sumie już wtedy byłem pełny, co tu mówić o kolejnym posiłku... Zapnij pasy, tato.
Jechaliśmy samochodem przez miasto. Wracałem od Kiby, leniwie wpatrując się w okno i delektując się powolnym rozwścieczaniem ojca. Zacząłem to już wczoraj wieczorem, kiedy oznajmiłem im że jutro wybieram się na cały dzień do chłopaka, co natychmiast wprawiło ojca w rozdrażnienie. Myślałem, że wyjdzie z siebie kiedy dałem buziaka chłopakowi na pożegnanie, ale - o dziwo - jeszcze się trzymał.
Usłyszałem cichy syk matki i chwilowo oderwałem wzrok od okna. Ojciec pędził, niemal ignorując znaki i utrzymując maksymalnie dozwoloną prędkość. Olałem to, wiem, że jak zwykle chciał mi pokazać, że to on tu rządzi. Istny idiotyzm i dziecinada.
Przypomniałem sobie, kiedy pierwszy raz zobaczył mnie z chłopakiem i od razu  musiałem powstrzymać uśmiech. Rozwścieczony kazał mi... oh, już nawet nie pamiętam jak to się skończyło. Chyba było... dość zabawnie.
Kiedy wróciliśmy do domu, od razu pobiegłem do pokoju i rzuciłem się na łóżko, w biegu wyciągając telefon z kieszeni. Może i byłem draniem, ale bez Kiby długo nie mogłem wytrzymać i tym sposobem pisaliśmy do późna w nocy.
Wstałem dość późno, obudzony przez matkę wołającą mnie na śniadanie. Zwlokłem się po schodach, mizernie poprawiając włosy. Na moją korzyść ojca nie było w domu - poszedł do pracy a akurat dzisiaj nie miałem ochoty na użeranie się z nim. Szybko zjadłem płatki, poleciałem na górę aby się przebrać i umyć, a kiedy już byłem gotowy, wybiegłem na spotkanie z Kibą. 
Zobaczyłem go, stał tuż przy parku. Uśmiechnąłem się lekko i mocno go przytuliłem. Odpowiedział mi dziwnym uśmiechem, co mnie trochę zdziwiło, ale upojony spotkaniem ów incydent szybko wyleciało mi z głowy. 
- Przejdziemy się? - zapytał niepewnie.
- Jasne - potaknąłem, łapiąc jego dłoń.
Szliśmy chodnikiem, milcząc. Zdawałoby się że podziwiamy urok tego miejsca - drzewa, zielona trawa zapraszająca swoja miękkością na piknik, różnorodne kwiaty, kolorowe ptaki wesoło ćwierkające przy fontannie, od czasu do czasu popijające wodę - i tak na początku było. Po kilkunastu minutach jednak coś w głowie podpowiadało mi, że nie jest w porządku i coraz bardziej przestawało mi się to podobać.
Zatrzymaliśmy się na pomoście. Kiba - oparty o barierkę - oraz ja, wyprostowany i pełen złych przeczuć.
Kiedy w końcu zdecydowałem się coś powiedzieć, w chwili otwierania ust chłopak odwrócił się do mnie i popatrzył na mnie swoimi ciemnymi oczyma o źrenicach jak u kota.
- Sasuke, myślę że z nami koniec.
Wydawało mi się, że się przesłyszałem. Wiatr rozwiewał nasze włosy, jednak było mi to całkowicie obojętne.
- O czym ty mówisz?
- Dobrze usłyszałeś - odwrócił wzrok na drewnianą podłogę pomostu - To koniec.
- Kiba...
Chciałem podejść do niego, jak zwykle pogładzić po policzku i pocałować w czoło. Jednak stałem jak sparaliżowany, nie zdając sobie sprawy że to i tak nic by nie zmieniło.
Chłopak odwrócił się, już miał zrobić krok, kiedy oprzytomniałem i złapałem go za ramię.
- Kiba, nie mówisz chyba na serio. Zastanów się, przecież jeszcze wczoraj byliśmy razem, całowaliśmy się... Co było nie tak? - czułem narastającą rozpacz wewnątrz mnie.
- Sasuke, wczoraj było w porządku, naprawdę... - ledwo się do mnie odwrócił - Ale nie jest. Teraz nie jest. Zastanawiam się, czy kiedykolwiek było całkowicie w porządku. Wzrok twojego ojca wczoraj...
- Cholera jasna, co do tego ma mój zasrany ojciec?
- Widzę to, widzę jak zależy ci na tym żeby go sprowokować i wykorzystujesz do tego mnie. Nie chcę tego. Nie chcę mieć z tym nic wspólnego.
Patrzyłem na niego pustym wzrokiem.
- Nie wiem, co jest między wami nie tak, ale ja nie mam zamiaru w tym uczestniczyć - rzucił, kończąc rozmowę i oddalając się. Tym razem już na dobre.

***

Leżałem otępiały w łóżku, niedostępny dla wszelkich czynników zewnętrznych. Nie obchodził mnie chłód panujący w pokoju przy otwartym oknie, nie obchodziły mnie prośby matki dotyczące kolacji oraz wiadomość o nowych sąsiadach. Obojętny mi był nawet ojciec, który nawet wszedł do mojego pokoju i stał oparty o framugę drzwi przez kilka minut. Kiedy nadszedł zmrok, nawet nie mrugnąłem - wiedziałem, że i tak nie zasnę.
Kolejny dzień był taki sam, z małym wyjątkiem którym była mama krzątająca się wciąż niby przypadkiem obok jego pokoju. Po pracy ojciec znowu zagościł u mnie, tym razem na krócej, jakby wyczuwając beznadziejność sytuacji. Było mi wszystko jedno, jak przeżyję kolejny dzień. Dla mnie mógłby być taki sam jak dziś.
Los nie chciał dla mnie takiego życia
W końcu zasnąłem, jednak to był tak lekki sen, że pamiętałem każdy szczegół tego, co mi się przyśniło - to uciekającego Kibę zmieniającego się w wilka, który na mnie napada i zjada moje serce, rozszarpując moje ciało na strzępy, to znowu tamten spacer, zniekształcony, w którym spadam z pomostu do wody i się topię, gdy nagle okazuje się że to nie woda tylko piasek wciągający mnie pod ziemię.
Kiedy po raz kolejny otworzyłem oczy i gwałtownie usiadłem na łóżku, usłyszałem jęk i poczułem nagły ból głowy oraz rosnącego guza na czole. Na powrót zacisnąłem powieki i złapałem się w miejsce uderzenia. Zakląłem. Znów otworzyłem oczy.
Obok mojego łóżka klęczał złotowłosy chłopak, masujący sobie czoło. Miał na sobie rozpiętą zieloną koszulę flanelową, a pod spodem biały podkoszulek. Był ubrany w długie, jeansowe spodnie, na nogach miał śnieżnobiałe skarpetki. Nie widziałem dokładnie twarzy, gdyż była skryta w dłoniach. Pod nosem miotał przekleństwami. Jego głos denerwował mnie.
Nie byłem zdziwiony, to raczej był szok. Zanim zdołałem cokolwiek zrobić czy powiedzieć, blondyn podniósł się i wskazał na mnie oskarżycielsko.
- Debilu, zastanawiałeś się kiedyś, jak twardy można mieć łeb?
Co się tu dzieje? Mrugnąłem i otworzyłem szeroko oczy.
- Co ty wygadujesz, przecież to ty nade mną wisiałeś!
Mogłem przyjrzeć się jego twarzy - miał duże niebieskie oczy oraz dziwne blizny na policzkach wyglądające jak kocie wąsy. Zacząłem się zastanawiać, skąd je ma, jednak nie mogłem się tym zająć na dłużej...
- Ale to ty się podniosłeś jak nie wiadomo co! Jeny, człowieku, horrorów się naoglądałeś czy jak...
- A żeby to po horrorach było - odwarknąłem, nie dając po sobie poznać smutku. Wspomnienia sprzed kilku dni znów dały o sobie znać.
Z blondyna nagle wyparowała wszelka złość, ustępując zaciekawieniu. Usiadł po turecku naprzeciw mnie i patrzył na mnie niebieskimi oczyma. Ja natomiast, nadal poirytowany, wstałem z łóżka i przez chwilę krążyłem po pokoju. W końcu usiadłem na podłodze, opierając się plecami o ścianę.
- Kim ty w ogóle jesteś, co? - rzuciłem pytanie w stronę nieznajomego.
- Nowym sąsiadem - podniósł się i stanął nade mną, wyciągając dłoń - Naruto Uzumaki.
- Sasuke Uchiha, miło mi - zignorowałem gest blondyna - Jak się dostałeś do mojego pokoju?
- Przyszedłem z rodzicami w odwiedziny, szukałem toalety ale usłyszałem że chrapiesz…
- Tak wcześnie te odwiedziny? – zapytałem całkowicie ignorując uwagę o chrapaniu.
- Tak późno? - popatrzył na mnie ze zdziwieniem.

Spojrzałem na zegarek, na którym wyświetlała się godzina 17:49...